wtorek, 3 kwietnia 2018

9 powodów, dla których warto oglądać "Skam"

1. Realistyczny portret nastolatków

Założenie serialu jest proste – dostajemy opowieść o nastolatkach z Oslo uczęszczających do istniejącej także i w prawdziwym świecie szkoły Hartviga Nissena. Już sam fakt, że miejsce akcji serialu możemy odszukać na mapie, dodaje tej historii realizmu - ale to przede wszystkim wysiłek twórczyni serialu Julie Andem przyczynił się do tego, że bohaterowie "Skamu" sprawiają wrażenie, jakby naprawdę w tej chwili wiedli w Norwegii swoje życie. Andem przed stworzeniem pierwszego sezonu poświęciła wiele czasu na rozmowy z norweską młodzieżą i to widać. Udało jej się stworzyć taki portret nastolatków, który nie razi sztucznością, bo inspirowany jest autentycznymi przeżyciami.



2. Dobrze napisani bohaterowie

Chociaż w obsadzie "Skamu" znajdziemy ogromną liczbę interesujących postaci, to formuła serialu zakłada, że każdy sezon skupia się na jednej osobie. Dzięki temu na przestrzeni kilkunastu odcinków mamy okazję dogłębnie poznać życie jednego z uczniów szkoły Nissena i zobaczyć jego perspektywę.

Jednym z założeń Julie Andem, konsekwentnie realizowanych w kolejnych sezonach, była chęć pozwolenia nastolatkom na opowiadanie o sobie bez ingerencji rodziców czy opiekunów. Dlatego w serialu jest tak mało dorosłych postaci. Rzeczywistość poznajemy taką, jaką widzą ją nasi bohaterowie, którzy ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami próbują nawigować w prawdziwym świecie. Serial ma fantastycznie napisane główne postacie, ale na tym nie koniec. Każdy bohater z szerokiej gamy drugoplanowych uczniów liceum sprawia wrażenie, jakby mógł być gwiazdą swojego własnego sezonu.

3. Dorosłe podejście do poważnych tematów

Jest taki zestaw poważnych tematów, które każdy serial młodzieżowy musi poruszyć. Jednak norweską produkcję wyróżnia to, że problemy dzieciaków nigdy nie wydają się wciśnięte na siłę do scenariusza, aby zaszokować widownię. Tutaj wprowadzane są one do historii w sposób naturalny i nie traktuje się ich pobieżnie. Takie tematy jak molestowanie, zmaganie się z chorobą psychiczną czy zaburzenia odżywiania mogłyby w zwyczajnym serialu młodzieżowym stać się pożywką dla tzw. very special episode, który zakończyłby się podbudowującym morałem. W "Skamie" również jest miejsce dla lekcji, ale nie ma bezwstydnego moralizowania, a nastolatkowie sami muszą radzić sobie z rzeczywistością, która okazuje się bardziej skomplikowana, niż mogli początkowo myśleć.



4. Serial o XXI wieku

Siłą "Skamu" jest sposób, w jaki ten mocno osadzony w norweskiej kulturze serial odnosi się do sytuacji w całej Europie i porusza uniwersalne tematy. Kryzys migracyjny czy sytuacja muzułmanów w Europie to tematyka, z którą "Skam" bezpośrednio się konfrontuje, chociażby poprzez wprowadzenie świetnej postaci błyskotliwej i niezależnej Sany – dumnie noszącej hidżab muzułmanki. Co więcej, "Skam" nawet przez moment nie traktuje jej jako token character, czyli "obowiązkowej" postaci z mniejszości, za to daje jej własną, wyjątkową historię i tworzy pełnowymiarową postać, obecnie znajdującą się na szczycie mojej listy bohaterów, o których chciałbym zobaczyć pełny sezon.



5. Pomiędzy internetem a telewizją

Do sukcesu "Skamu" niewątpliwie przyczynia się jego nietypowy proces dystrybucji. Poszczególne sceny z serialu udostępniane są na stronie internetowej "Skamu" w czasie rzeczywistym, jeszcze bardziej zamazując granicę między fikcyjnością a realizmem postaci. Dopiero kiedy wszystkie sceny zostaną opublikowane, całość składa się na jeden odcinek, którego długość waha się od kilkunastu minut do nawet 50. I na tym nie kończy się szczególna rola internetu w popularności "Skamu", bo wszystkie postaci serialu mają dodatkowo swoje własne konta w serwisach społecznościowych, gdzie okazjonalnie udostępniają zdjęcia. Jeśli szukacie dowodów na to, że takie podejście działa, to zwróćcie uwagę chociażby na fakt, że instagramowe konto bohatera trzeciego sezonu, Isaka, śledzi ponad pół miliona osób.

6. Utalentowana młoda obsada

Na liście różnic pomiędzy "Skamem" a amerykańskimi produkcjami dla młodzieży koniecznie trzeba zaznaczyć to, że w norweskim serialu aktorzy rzeczywiście są w wieku granych przez siebie postaci. Nie ma tutaj miejsca na dwudziesto- czy trzydziestolatków udających pierwszoklasistów, gdyż aktorzy mają co najwyżej dwa lub trzy lata więcej niż bohaterowie, a często grają po prostu "własny rocznik". Niech was jednak nie zwiedzie młody wiek aktorów, bo cała obsada wypada świetnie jak na debiutantów - bardzo naturalnie i przekonująco.



7. Raj dla miłośników serialowych "shipów"

Oczywiście dzieciaki ze "Skamu" dużo romansują jak wszystkie - i tym tym większe brawa należą się serialowi, że udało się stworzyć pary, którym rzeczywiście chce się kibicować. Internet jest pełen fanartów, fanfików i klipów poświęconych takim parom jak William i Noora czy Isak i Even. Nic dziwnego, bo serialowi udało się w realistyczny sposób spojrzeć na związki młodych ludzi.

Dodatkowe pochwały należą się trzeciemu sezonowi, kiedy to "Skam", jako jeden z nielicznych seriali, postawił w centrum nastoletni związek dwóch chłopaków. A potwierdzeniem tego, jak świetnie ich wątek został poprowadzony, jest fakt, że w głosowaniu przeprowadzonym przez amerykański portal E! Online Evak został obwieszczony ulubioną parą telewizyjną zeszłego roku. Nie najgorzej jak na serial, który ani w USA, ani w prawie żadnym innym kraju poza Norwegią nie miał jeszcze swojej oficjalnej premiery.




8. Fenomen, który zawdzięczamy internetowi

No właśnie, skoro serial nie opuścił praktycznie Norwegii (wyjątkiem są inne państwa skandynawskie), to jak to właściwie możliwe, że oglądają go ludzie na całym świecie? Tutaj wielkie uznanie należy się fanom, którzy sami na siebie wzięli obowiązek tłumaczenia kolejnych odcinków dla tych widzów, dla których norweski pozostaje niezbadaną tajemnicą. W Polsce fanów "Skamu" też możemy już liczyć co najmniej w dziesiątkach tysięcy, jeśli wierzyć liczbom w serwisach społecznościowych, a ta popularność z pewnością będzie jeszcze wzrastać.

Oczywiście z wielkimi fenomenami wiążą się też i wielkie pieniądze, które zwęszył tym razem Brytyjczyk Simon Fuller – twórca formatu "Idol". Prawa do amerykańskiej adaptacji "Skamu" zostały już zakupione, a produkcja ma ruszyć jeszcze w tym roku. Ciężko oceniać coś, co jeszcze nie powstało, ale Amerykanie musieliby naprawdę bardzo postarać się porzucić sztampowe podejście do seriali młodzieżowych, aby wypuścić coś, co dorównywałoby poziomem oryginałowi.

9. Dobry serial, dobra muzyka

Jak to z wieloma udanymi produkcjami bywa, na duży sukces serialu składa się także świetnie dobrany soundtrack. Od norweskiego popu, przez rap z lat 90., po odrzuty Radioheadu, "Skam”"miesza wszystkie możliwe gatunki i artystów, tworząc barwną oprawę muzyczną, do której chce się wracać po obejrzeniu kolejnych odcinków. Serialowa playlista na Spotify jest oficjalnie uzupełniania z każdym odcinkiem i, jak wiele innych internetowych przedsięwzięć "Skamu", cieszy się ogromną popularnością.

5 powodów, dla których warto oglądać "The Fall"

1. To jeden z najciekawszych kryminałów ostatnich lat

W ostatnich latach powstało tyle inteligentnych kryminałów, że nie zdziwię się, jeśli nie będziecie reagować z entuzjazmem na wieść o kolejnym takim projekcie. Telewizyjna publiczność już dobrze wie, że serial kryminalny nie musi być banalnym proceduralem, i powoli zaczyna odczuwać przesyt. Czemu więc warto zobaczyć akurat ten kryminał? Bo jest skonstruowany inaczej niż wszystkie. Nie ma tu żadnej wymyślnej zagadki kryminalnej, którą trzeba rozwikłać. Od początku wiemy, kto jest sprawcą, i w kolejnych odcinkach oglądamy inteligentną grę toczącą się pomiędzy nim a policjantką doświadczoną w rozwiązywaniu tego typu spraw. To swego rodzaju polowanie, które potrafi sprawić, że człowieka ciarki przechodzą. I mimo że dobrze wiemy, kto zabija, "The Fall" potrafi widza porządnie zaskoczyć, bo złapanie mordercy, który na pozór jest całkiem zwyczajnym facetem, to nie taka prosta sprawa.

2. Gillian Anderson gra chłodną, opanowaną policjantkę

Siła "The Fall" tkwi przede wszystkim w dwójce głównych bohaterów. Gillian Anderson wciela się w detektyw Stellę Gibson, policjantkę o przenikliwym umyśle i z doświadczeniem w rozwiązywaniu tego typu spraw. Stella jest istotą, od której nie da się oderwać oczu - z jednej strony to kobieta piękna, zmysłowa, elegancka i doskonale zdająca sobie sprawy z tego, jak działa na facetów. Z drugiej - to też osoba, która twardo stąpa po ziemi, emanuje spokojem, rozsądkiem i opanowaniem, a momentami wręcz chłodem. Wydaje się kompletnie niedostępna, a jej umysł potrafi fascynować i przerażać. Zwłaszcza mężczyzn.

.

3.Jamie Dornan jest kimś więcej niż Christian Grey

Jamie Dornan to zdecydowanie #NotMyChristian - ale nie dlatego, że jest do tej roli za słaby. O nie, tu chodzi o to, że ten aktor, choć na najwyższe zaszczyty wciąż jeszcze czeka, potrafi grać tak genialnie, iż udział w hollywoodzkim hicie na podstawie nie najlepszej książki wydaje się okropnym marnotrawstwem. O ile w "Once Upon a Time" po prostu zwyczajnie go lubiliśmy, o tyle w "The Fall" udowadnia raz po raz, że bez problemu może zagrać wyrazistą, skomplikowaną i pokręconą psychologicznie postać. Ciekawostka: Jamie Dornan pochodzi z Belfastu, stolicy Irlandii Północnej, w której dzieje się akcja "The Fall".

4. Paul Spector to jeden z najciekawszych psychopatów w TV

Paul Spector, czasem nazywający się Peterem, ma twarz Jamiego Dornana i jest przez niego świetnie zagrany, ale cała reszta to już zasługa scenarzystów. Teoretycznie to klasyka - morderca ma rodzinę i na pozór wydaje się zupełnie zwyczajny, a w rzeczywistości ma drugą, ohydną twarz psychopaty. Ale w tej postaci nie ma nic banalnego. Kiedy zagłębiamy się w jego umysł i obserwujemy, jak on działa, jak planuje kolejne morderstwa i jak coraz bardziej igra z ogniem, mamy pełne prawo czuć się nieswojo. Oglądanie "The Fall" po ciemku jest niewskazane, bo nawet jeśli zdajecie sobie sprawę z tego, że za oknem nie czai się Jamie Dornan, gwarantuję, że nieraz podskoczycie z przestrachu.



5. Na drugim planie pojawia się Archie Panjabi

Znana z "Żony idealnej" Archie Panjabi gra tu niewielką rolę - patolog, która współpracuje z policją - ale zdecydowanie należy do najbardziej zauważalnych osób w serialu. Nie tylko dlatego, że jej bohaterka na miejsce zbrodni potrafi przybyć na motorze, ubrana w skórzaną kurtkę. To jedna z tych rozsądnych, mądrych, pełnych empatii kobiet - dokładnie tak jak Stella - które w codziennej pracy ciągle stykają się z mizoginią.

10 powodów, dla których warto oglądać "Orphan Black"

1. Bo to produkcja oryginalna i świeża

Produkcja BBC America o klonach to trochę thriller, trochę science fiction (a właściwie near-fi, bo akcja jest umiejscowiona w teraźniejszości), trochę zwykła historia o ludzkich emocjach. Połączenie tych wszystkich elementów dało jeden z najświeższych seriali ostatnich lat. Akcja pędzi do przodu, widzów co krok czekają niespodzianki, a na dodatek bohaterowie są napisani tak, że przejmujemy się ich losami i zdecydowanie chcemy wiedzieć, co będzie dalej.



2. Bo Tatiana Maslany jest fantastyczną aktorką

Rzadko się zdarza, aby młoda, nieznana do tej pory aktorka była w stanie wywindować niszową produkcję SF do poziomu czegoś, co oglądają wszyscy krytycy i czym zachwycają się wszyscy krytycy. Tatiana, która gra siedem klonów w "Orphan Black", potrafiła – i jeszcze zdobyła kilka nominacji do prestiżowych nagród (w tym do Złotego Globu).

3. …jest też po prostu śliczna i urocza. W każdej wersji!

Spójrzcie tylko.

4. Bo w serialu bardzo dużo się dzieje

Powiedzieć, że fabuła "Orphan Black" jest wciągająca, to nie powiedzieć nic. Widz wkręca się od pierwszych minut i nie odrywa się od ekranu aż do końca. Akcja pędzi do przodu jak szalona, każdy odcinek ogląda się jednym tchem.

5. …i na dodatek dzieje się z sensem

Mimo że Tatiana gra mnóstwo klonów, wszystko jest tu logiczne i sensowne. Nie ma jak się pogubić. Owszem, można dostrzec drobne luki i niedociągnięcia, ale który serial ich nie ma? Spójrzcie na scenę, w której Tatiana nalewa drugiej Tatianie wino, a trzecia Tatiana siedzi obok — a zrozumiecie, dlaczego można się w tym serialu zakochać.



6. Bo nie tylko Tatiana jest świetna

Owszem, "Orphan Black" ciągnie wspaniała Tatiana Maslany, ale reszta obsady też daje radę. W szczególności panowie Jordan Gavaris jako Felix, gej bardzo stereotypowy, i Dylan Bruce jako Paul, chłopak Beth, który na początku wydaje się zupełnie nijakim gościem, a potem…

7. Bo postacie są świetnie napisane

"Orphan Black" to galeria niezłych indywiduów. Sarah to dziewczyna z marginesu, która jest niezłą przekręciarą, ale najważniejsza w jej życiu okazuje się córeczka. Cosima uwielbia naukę i ładne dziewczyny. W Alison, stereotypowej matce z przedmieścia, kotłują się niezłe demony. Felix mieszka w rewelacyjnym lofcie i ciągle szuka miłości. Wszyscy, bez wyjątku, napisani są tak, że nie tylko ich wątki są dla nas interesujące, ale też przejmujemy się ich losami.



8. Bo to nie tylko serial o klonach, to uniwersalna historia

"Orphan Black" porusza szereg przeróżnych tematów. Są niebezpieczeństwa związane z wyznawaniem nauki jak religii, są problemy kury domowej z typowego przedmieścia, są elementy policyjnego procedurala, sporo science fiction, trochę farsy. A przede wszystkim jest bardzo dużo zwykłych ludzkich emocji. Klony grane przez Tatianę to nie żaden wybryk natury (czy raczej nauki), tylko zwykłe dziewczyny, które chcą w życiu tego, czego chce każdy każdy. Szczęścia, miłości, obecności drugiego człowieka.

9. Bo brakuje dobrych produkcji science fiction

Telewizja SyFy, która kiedyś emitowała "Battlestar Galacticę", co rok szumnie zapowiada nową wielką rzecz. A potem dostajemy kolejne "Defiance" albo w najlepszym razie "Helix". O próbach stworzenia czegoś fajnego przez amerykańskie stacje ogólnodostępne lepiej nie mówić. Chyba już przestaliśmy się spodziewać kolejnego mocnego telewizyjnego science fiction. I między innymi dlatego tak miłą niespodzianką było "Orphan Black".



10. Bo takie niszowe seriale są teraz najlepsze

Serial BBC America to produkcja z założenia niszowa, skierowana do małej grupki widzów. I dobrze. Takich "małych seriali" ostatnio jest sporo, niemal każdy z nas ogląda coś, o czym nasi znajomi nie mają pojęcia. "The Fall", "Zapiski młodego lekarza", "Top of the Lake" – by wymienić tylko parę tytułów z zeszłego roku. "Orphan Black" to jeden z takich właśnie tytułów, serial kameralny, zrobiony małym kosztem i wciągający jak diabli.

wtorek, 13 marca 2018

5 powodów dla których warto obejrzeć ''Breaking Bad''


PO 1: CIEKAWY TEMAT

Co robi przeciętny człowiek, który dowiaduje się o diagnozie lekarskiej, która brzmi jak wyrok śmierci? Na pewno nie rozpoczyna produkcji metamfetaminy na wysoką skalę z osiedlowym chuliganem. Tym bardziej jeżeli tym człowiekiem jest szanowany nauczyciel chemii, posiadający szczęśliwą rodzinę i dom na przedmieściach miasta. Jednak my nie mówimy o przeciętnym człowieku – mówimy o Walterze White, który postanowił zostawić po sobie majątek, schodząc na drogę przestępstwa.

PO 2: GENIALNY DUET AKTORSKI

Bonnie i Clyde, Leon i Matylda czy też Thelma i Louise – tak różni, a zarazem tak dopasowani, tworzyli idealne duety, które przeszły do historii kina. Ze spokojem ducha do ich zacnego grona możemy dołączyć Waltera White’a i Jessego Pinkman’a. Totalnie przeciwne osobowości, które idealnie dopełniają się we współpracy owocującej sporą ilością zielonych banknotów. Siła przypadku sprawia, że Panowie spotykają się w najmniej oczekiwanym momencie życia i wbrew wszelkim przeciwnościom losu tworzą duet, który nie miał prawa zaistnieć.



PO 4: BRAK NUDY

Nigdy wcześniej nie oglądaliśmy, aż tak interesującego serialu. Na kilkadziesiąt odcinków może z dwa były przeciętne i nic nie wnoszące do fabuły. Nie mogąc uwierzyć, że jest aż tak duża różnica w jakości tych epizodów, pogrzebaliśmy troszkę w internecie i okazało się, że były to tzw. „bottle episode” czyli odcinki, które zostały nakręcone z pozostałego budżetu, a które właściwie w żaden sposób nie popychają akcji do przodu. Odetchnęliśmy z ulgą – nawet delikatny powiew nudy w Breaking Bad jest wytłumaczalny ;).

PO 5: DBAŁOŚĆ O SZCZEGÓŁY

Twórca serialu, Vince Gilligan znany jest ze swej dbałości o najdrobniejsze szczegóły. Poniżej kilka przykładów genialnego nawiązania do innych dzieł w serialu, a także zaangażowanie reżysera w charakterystykę postaci.
# Cała produkcja serialu składa się z 62 epizodów. 62 pierwiastkiem w układzie okresowym jest samar, którego używa się do leczenia raka płuc (choroba Walta).
# Na potrzeby serialu Bryan Cranston (Walter White) otrzymał kilka lekcji z podstaw chemii od profesora Uniwersytetu Południowej Kalifornii, dzięki czemu aktor mógł poprawić niektóre błędy scenariusza. Z kolei prawdziwy agent DEA (Amerykańskie Biuro ds. Przeciwdziałania Narkomanii) pokazał obsadzie i ludziom pracującym przy realizacji serialu, jak się robi metamfetaminę.
# Kolory ubrań, które noszą postaci w serialu nie zostały dobrane przypadkowo. Symbolizują one między innymi relacje między bohaterami i ich emocje. Kiedyś Gilligan przez kilka godzin wybierał koszulkę dla Hanka w odpowiednim odcieniu szarości.
# Pseudonim którym posługuje się główny bohater – Heisenberg, to nawiązanie do fizyka Wernera Heisenberga będącego jednym ze współtwórców mechaniki kwantowej.
# W sekwencji otwierającej odcinek trzeciego sezonu zatytułowany „Kafkaesque” użyto wariacji utworu „Bolivia Theme”z filmu „Człowiek z Blizną”,który również opowiada o handlu narkotykami.



10 powodów dla których warto obejrzeć ''Orange is The New Black''

1. Idealne połączenie dramatu z komedią. Twórczyni "Orange Is the New Black", Jenji Kohan, nie od dziś potrafi serwować poważne tematy w lekkim, komediowym tonie. Tak było w "Trawce", tak też jest w jej nowym serialu. A przecież znalezienie idealnego balansu pomiędzy dramatem i komedią nie jest takie proste. Wystarczy niewielkie potknięcie, wystarczy jeden niewłaściwy żart, aby strywializować to, co trywializowane być nie powinno. Tu takich potknięć nie ma, każda scena, każdy dialog znajduje się na swoim miejscu. W jednej chwili zagłębiamy się w więzienny koszmar, w drugiej głośno się śmiejemy z jakiegoś malutkiego, głupiutkiego drobiazgu - i tak w kółko. To zadziwiające, jak szybko "OITNB" potrafi zmienić ton i jak szeroką paletę emocji oferuje.

2. Świetnie napisane bohaterki. Dobrze napisani bohaterowie powinni być oczywistością - a jednak w większości seriali nie są. Telewizja pełna jest postaci płaskich, kartonowych i przypominających wszystko, tylko nie żywych ludzi. Tu jest inaczej. Bohaterki "Orange Is the New Black" to kobiety z krwi i kości. Kobiety piękne, silne, mądre i malutkie, i kruchutkie, i głupiutkie. Wszystkie wzbudzają emocje, w większości pozytywne, bo nie popełniły wielkich zbrodni, raczej głupie błędy, za które słono płacą. Jenji Kohan zadbała o to, żeby dały się lubić i żeby żadna z nich nie była tylko więźniarką. Zadbała też o to, aby były zróżnicowane pod względem wieku, pochodzenia etnicznego, wykształcenia, przekonań itd.



3. Fantastyczna obsada. Zanim serial wystartował, "sprzedawano" go nazwiskami Jasona Biggsa i Laury Prepon. Po 2. sezonie większości aktorów wciąż nie kojarzę z nazwisk - ta obsada po prostu jest za duża i pełno w niej osób, których nigdy wcześniej nie widziałam - ale wiem, że potrafią zagrać cuda. Widzieliście Uzo Adubę udającą wszystkie postacie po kolei? To wiedzcie, że one wszystkie by tak mogły! A i faceci z odcinka na odcinek stają się coraz ciekawsi.

4. Absurdy, wszędzie absurdy. Kiedy główna bohaterka, Piper (świetna Taylor Schilling) trafia za kratki, mamy klasyczne zderzenie jednostki z systemem. Systemem durnym, bezsensownym i pełnym absurdów nie znajdujących logicznego usprawiedliwienia. W takim miejscu można oszaleć, ale można też zobaczyć legendarnego kurczaka, co do którego nie ma pewności, że kiedykolwiek istniał, albo karalucha dźwigającego na plecach papieros. I mieć pewność, że to nie halucynacje - to po prostu jest miejsce, w którym rzeczy nie do końca logiczne stanowią integralny element rzeczywistości.



5. Blondynka, która dorasta. Ręka w górę, kto lubił główną bohaterkę na początku? Ja nie. W zasadzie teraz też nie darzę jej wielką sympatią. To taka zwyczajna, banalna, raczej grzeczna dziewczyna, która nie ma zbyt wielu warstw. A przynajmniej takie sprawia wrażenie w pierwszych odcinkach. Jej egoizm i brak empatii razi i wkurza do tego stopnia, że trudno jej współczuć, kiedy spadają na nią kolejne więzienne nieszczęścia. Z biegiem czasu jednak Piper się zmienia, dorasta, nabiera siły i sprytu pozwalającego przetrwać ten koszmar bez większych zadrapań. Czy staje się sympatyczniejsza? Nie, raczej nie. Nie da się tak po prostu lubić osoby, która próbuje sprzedać drugiego człowieka za kocyk. Ale coraz łatwiej ją zrozumieć i dostrzec to, czego nie widać na pierwszy rzut oka. To złożona bohaterka, dokładnie tak jak one wszystkie. I jak one wszystkie - fascynująca.

6. Piper i Alex. Lesbijski związek Piper i Alex, w którym obie krzywdzą się i kochają, i kochają się, i znów krzywdzą, to prawdziwy magnes na widzów. Obie są śliczne, namiętne i pokręcone, nic więc dziwnego, że kiedy zaczynają się całować, ściskamy mocno kciuki, żeby tym razem im wyszło. A kiedy się kłócą, oglądamy to z zapartym tchem, jak porządny dreszczowiec. Dziewczyny po cichu zaczynają marzyć o gorącym romansie z inną kobietą, faceci cieszą się, że nie muszą sobie nawet niczego wyobrażać, bo wszystko mają podane na tacy - i tak trwamy razem z Alex i Piper w tym toksycznym, ale i cholernie ekscytującym związku.



7. Mnóstwo barwnych historii. "Orange Is the New Black" ogląda się świetnie, bo nie skupia się non stop na wątku Piper. Każdy odcinek ma swoją bohaterkę, której historię poznajemy we flashbackach. O ile w pierwszym sezonie nie wszystkie panie wydawały mi się aż tak fascynujące, to w drugim już nie ma ani jednej słabszej historii. Najbardziej chyba zaskoczyła mnie historia Lorny, ślicznej Włoszki, której w życiu nie posądziłabym o to, co zrobiła. Najbardziej poruszyła mnie młodziutka Pussey, która od zawsze szuka miłości tam, gdzie nie powinna. Najwięcej fantazji miała Rosa, kobieta uzależniona od dreszczyku emocji. A do tego zakonnica, i Gloria, i Taystee, i ta okrutna mamuśka Vee... "OITNB" jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, na co trafisz w kolejnym odcinku.


8. Pornstache! Serialowi mężczyźni - czyli głównie strażnicy i pracownicy więzienia - nie są aż tak skomplikowanymi bohaterami jak kobiety. A przynajmniej nie wiemy o nich jeszcze wystarczająco dużo, by dostrzegać ich ewentualne skomplikowanie. Ale jest wśród nich gwiazda, mistrz nad mistrzami, posiadacz wąsów, których mógłby pozazdrościć Ron Swanson, okrutny sadysta i wrażliwiec, który jak my wszyscy marzy o miłości. David Mendez (Pablo Schreiber), zwany Pornstache'em. Ten facet został stworzony po to, żebyśmy kochali go nienawidzić. A z czasem może i obdarzyli go innymi uczuciami.



9. Drugi sezon jest jeszcze lepszy niż pierwszy. Nie mam wątpliwości, że "Orange Is the New Black" to jeden z najlepszych, a pewnie i najlepszy serial sezonu letniego. W zeszłym roku to było zaskoczenie, w tym roku zaskakujące może być już tylko to, że poziom jeszcze wzrósł. Drugi sezon jest jeszcze mocniejszy, bardziej mroczny i sprawniej napisany niż pierwszy. Każdy odcinek wypełniony jest po brzegi akcją i szalonymi emocjami. Dialogi brzmią fantastycznie, aktorzy przechodzą samych siebie, a ostatnia scena sprawia, że rok czekania na kolejny sezon wydaje się po prostu torturą.

10. Można obejrzeć cały sezon naraz. No właśnie, na kolejny sezon poczekamy mniej więcej rok, ale za to ten sezon możemy obejrzeć cały naraz. Wiem, że wśród naszych czytelników znajdują się osoby, które zobaczyły całość w jeden weekend. Mnie było szkoda tak szybko go pochłaniać, ale i tak długo nie wytrzymałam. Obejrzenie 13 odcinków (właściwie 14, bo finał trwa 92 minuty) zajęło mi 6 dni. I choć trochę żałuję, że Netflix nie dał mi czasu, aby zatrzymać się nad każdym odcinkiem z osobna i każdy z osobna opisać w "Pazurkiem po ekranie", muszę przyznać, że takie oglądanie ma sens. Jeśli współczesne seriale są jak dawne klasyczne powieści, prawo do delektowania się nimi we własnym tempie wydaje się naturalne. Nawet jeśli kończy się to kompulsywnym oglądaniem.



wtorek, 6 marca 2018

13 powodów dla których warto obejrzeć ''13 powodów''


1. To nie jest serial dla młodzieży

Zacznijmy od najważniejszego. “13 powodów” to nie jest serial dla młodzieży. To serial o młodzieży. To, że bohaterami jest młodzież nie sprawia, że produkcja automatycznie jest serialem młodzieżowym. Tak jak “Władca much” Goldinga nie jest książką dla dzieci, bo jej bohaterami są dzieci. Serial Netflixa to dramat flirtujący z kryminałem, a czasami nawet thrillerem, którego bohaterowie są uczniami ogólniaka. Młodzież oczywiście niech ten serial obejrzy, ale przede wszystkim powinni zająć się nim dorośli, bo z wiekiem jesteśmy stopniowo odstawiani poza nawias, w ramach którego żyje młodzież i tracimy kontakt z jej problemami.

2. Scenariusz i sposób prowadzenia narracji

Za realizację projektu odpowiadają ludzie nie pochodzący z pierwszej lepszej łapanki. Reżyserem dwóch pierwszych odcinków jest Tom McCarthy, który zgarnął Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny do “Spotlight”. Przełożeniem książki Jaya Ashera na język telewizji zajął się z kolei Brian Yorkey, który ma na koncie więcej Pulitzerów niż ja. Jakoś prezentowaną przez obu panów, McCarthy jest producentem wykonawczym, widać w sposobie w jakim opowiadana jest historia. Uwielbiam spójną narrację, odpowiednie tempo, gdy historia płynie w sposób, w który pozwala nam dokładnie śledzić wydarzenia. Tutaj to wszystko jest obecne. Nawet jak trafiamy na jakąś mieliznę, to ostatecznie udaje się płynąć dalej.

3. Wykorzystanie retrospekcji

Będąc twórcą masz do dyspozycji wiele narzędzi, które pomagają w opowiadaniu historii. Jednym z nich są retrospekcje. “13 powodów” nie wykorzystuje ich tylko po to, aby uzupełnić luki w teraźniejszości czy coś dopowiedzieć. Są one integralną częścią historii. Do tego stopnia, że teraźniejszość i przeszłość stanowią przeplatające się w naturalny sposób nici. Jedno nie istnieje bez drugiego. Naturalnie przechodzimy między “tu i teraz” a “tam i wtedy”.

4. Aktorzy

Dobry casting to 7/18 sukcesu. “13 powodów” podaje nam na tacy “zestaw” aktorów, którzy są wiarygodni w rolach, które odgrywają. Świetnie się uzupełniają, pasują do siebie. Przyznaję, że Dylan Minnette, który wciela się w Claya, jest do tego stopnia przekonujący, że momentami miałem ochotę rzucić go czymś, aby wziął się w garść, bo męczy mnie tą swoją krucjatą. Naprawdę rzadko zdarza się, aby w jednym serialu zebrać tak dobrze grający zespół młodych aktorów. No chyba, że to “Riverdale”.




5. Bohaterowie

Skoro o aktorach mowa, to powinniśmy płynnie przejść do samych postaci. Każda jest jakaś. Na pierwszy rzut oka oparta o stereotypy. Denerwujący mięśniak, słodziutka cheerleaderka, wycofany kujon. Jednak ostatecznie okazuje się, że każdy z nich jest bardziej skomplikowany niż nam się z początku wydaje. Każdy ma jakąś rolę do odegrania. Jak każdy z nas. Pytanie co kryje się za maską, którą na co dzień widzą inni.

6. Problem

Choć może się wydawać, że historia w “13 powodach” jest bliższa nastolatkom z USA, to problem, a w zasadzie problemy, przedstawione w serialu znane są nastolatkom w wielu krajach. W Polsce jak najbardziej też. Bo to nie jest serial tylko o samobójstwie nastolatki. To serial o reakcjach na śmierć, o dorosłych, o instytucjach, które sobie nie radzą, o nas. Młody człowiek nie dźwiga na swoich brakach ciężaru lżejszego od dorosłych. Ten ciężar jest często dużo większy, bo ten, który go dźwiga często czuje się opuszczony, zdany tylko na siebie.

7. Każdy z nas jest Clay’em i Hanną

Choć Clay mnie irytuje, to skłamałbym, gdybym napisał, że go nie rozumiem. Rozumiem go. Aż za dobrze, bo w liceum i pod koniec podstawówki byłem Clay’em. Nim stałem się przebojowym autorem fantastycznego bloga byłem taki jak on. Patrząc na to z perspektywy czasu pewnie miałbym ochotę sam siebie walnąć w ryja. I tak jak ja byłem Clay’em tak wielu z Was było innymi
bohaterami. Bo ludzie są wszędzie tacy sami.

8. Nie traktuje nas jak idiotów

Nienawidzę, jak jestem traktowany jak idiota. Nikt tego nie lubi. “13 powodów” choć momentami manipuluje naszymi uczuciami, to w ostatecznym rozrachunku podchodzi do nas poważnie i podobnie traktuje opowiadaną historię. Oglądając czuję, że autorzy mają coś ważnego do przekazania i nie tracą przekazu z oczu. Rdzeń opowieści jest tylko pretekstem do tego, aby wyłożyć nam kilka rzeczy, o których powinniśmy pamiętać, a o których zapominamy lub dopiero zapomnimy.

9. Muzyka

Ścieżka dźwiękowa zasługuje na uznanie nie tylko przez to, że sięgnięto po klasyki autorstwa Joy Division, The Cure czy Ultravox, ale przez to, że bardzo dobrze uzupełniają opowieść. Momentami muzyka staje się dodatkowym bohaterem. Rekwizytem, który buduje napięcie, wywołuje określone uczucia, mówi nam coś o bohaterze lub sytuacji, którą obserwujemy. Wszystkie numery z “13 powodów” tworzą całkiem zgrabną playlistę.




10. Odpowiedzialność

To co mi się naprawdę podoba, to fakt, że Hannah Baker nie jest “tylko” ofiarą. Pretekstem do tego, aby zawiązać akcję. Jest równoprawnym bohaterem. Narratorem, częścią większej całości. Istotne staje się również to, że odpowiedzialność w takich sytuacjach jak opisana w serialu nie spoczywa na barkach tylko jednej osoby. Odpowiedzialność to kwestia zbiorowa. Każdy dokłada swoją cegiełkę do tego, co dzieje się wokół niego. Hannah chcąc nie chcąc też.

11. Warstwy

Tym samym dochodzimy do tego, że “13 powodów”, podobnie jak cebula, ma warstwy. Te najbardziej oczywiste widać od razu. Te mniej oczywiste odkrywane są krok po kroku. Subtelnie budując napięcie, rozbudzając ciekawość, ale i emocjonalnie angażując w wydarzenia. Dużo w nim szarości.

12. Emocje

O emocjonalnym zaangażowaniu wspomniałem powyżej i faktycznie serial mocno angażuje. Być może bardziej, gdy czujemy, że znamy temat z autopsji. Gdy sami byliśmy ofiarami, wycofani, cisi, niezrozumiani. Nie zmienia to jednak faktu, że “odsłuchując” kolejne kasety budujemy własne zdanie na temat wydarzeń i bohaterów. Bo całość nie jest jednoznaczna. Każdy z Was będzie mieć inne wnioski. Każdy zareaguje inaczej.

13. Daje do myślenia

Emocje, warstwy i problemy, które składają się na “13 powodów” sprawiają, że po obejrzeniu całości, jeżeli nie wyłączyliście myślenia, będziecie się zastanawiać nad tym, co właśnie obejrzeliście. Sięgnięcie pamięcią w przeszłość. Być może przypomnicie sobie koleżanki i kolegów podobnych do osób, które obserwowaliście przez 13. odcinków. Jeżeli zatrzymacie się na chwilę, to można uznać, że twórcy osiągnęli sukces. Nie wiem, czy na dłuższą metę to coś zmieni, ale lubię, jak przypomina się nam o rzeczach, o których lubimy zapominać. Na przykład o konsekwencjach. Nie tylko czynów, ale słów, które kierujemy do innych.



10 powodów dla których warto włączyć Pretty little liars

1. Tajemnice i zagadki
Ten serial jest jedną, wielką tajemnicą. Ma w sobie coś co nie pozwala nam powiedzieć "dość". Kiedy oglądamy serial po prostu ślinimy się do ekranu (niektórzy dosłownie, inni nie).
2. Przyjaźń na wiek
Między kłamczuchami jest więź, której możemy im pozazdrościć. Cała piątka jest wstanie oddać wszystko, dla wspólnego dobra. Urocze.

3. Postacie, które nienawidzimy i kochamy równocześnie
Każdy z nas ma swoją "czarną owce", której w serialu nie może zdzierżyć. Jednak być może upatrzyliście sobie postać, do której macie mieszane uczucie. Nienawidzić ja, czy uwielbiać? Oto jest pytanie. Mona, Cece, Noel, Alison, powinniśmy ich kochać? Ale oni są tacy straszni!
4. W Rosewood nikt nie umiera
Jeśli mieszkasz w Rosewood od maleńkości uczony jesteś fingowania swojej śmierci. Alison, Mona...nawet jeśli bardzo chcesz ich odejścia, nie ma szans.

5. Humor przepełniony ironią
Ta zasługa w dużej mierze powinna być przypisana Hannie, która od pierwszego sezonu rozmiesza widzów.
6. Związki, o które walczymy do upadłego
Ezria, Spoby, Haleb, a może Emison? Każdy z nas ma swoją dwójką, którą kocha i wspiera. Obserwujemy miłość, która rozkwita z odcinka, na odcinek co jest niesamowite. Niejednokrotnie musimy patrzeć jak nasze pary przeżywają gorsze okresy, jednak koniec, końców to umacnia ich więzi. Kochani. 

8. Klimat
Wszyscy kochamy te momenty, kiedy nasze ciało zastyga, a z głowy ulatują wszelkie myśli. Strach, to nierozłączny towarzysz tego serialu.

9. Wielka niewiadoma
Jeśli myślisz, że coś w tym serialu jest łatwe...mylisz się. W PLL wszystko jest skomplikowane, a od niedawna serial to wielka niewiadoma również dla producentów, którzy chyba troszkę się w tym wszystkim pogubili. Kto zabił mamę Alison? Kto jest Big Bad? I pytanie towarzyszące nam przez ostatnie pięć kto -Kim jest -A? Teraz już znamy odpowiedź na to pytanie, ale czy na pewno?
10. Wspaniałe widoki
Nic dodać, nic ująć.